Flying Colors

Uwaga. To recenzja fikcyjnej gry przygotowana na konkurs Tsukuru Archive Review Keyboard Assault.

Od kiedy uczestnictwo w ramach TAPE stało się głównym polem rywalizacji pomiędzy schronami, jakość prezentowanych w konkursie gier znacznie wzrosła. Nic zresztą dziwnego, laboratorium BS, odpowiedzialne za rozwój RPG Makera 2003 i Maniacs Patcha, dokłada nieustannych starań, by programy te chodziły na coraz gorszym sprzęcie i zużywały mniej tak deficytowej przecież mocy. O ile na poziomie technicznym Flying Colors broni się jednak nieźle, czterdzieste czwarte w karierze Axykka demo całkowicie minęło się z konkursowym tematem, jaki wybrał autor – „Kolory przeszłości”.

Wcielamy się w Vincenta – blond chłopa(?), który razem z ekipą heteronormatywnych towarzyszy odpoczywa na powietrznych klifach Eleuthery. W pewnym momencie latającą wyspę atakują korsarze, którzy poszukują złóż złota i srebra znajdujących się w okolicznych kopalniach. Zadaniem Vincenta jest bezpieczne opuszczenie wyspy, przejęcie korsarskiego statku i odkrycie, skąd wzięła się wroga armia i kto za nią stoi. O ile same dialogi napisane są sprawnie, a postacie posiadają ciekawe charaktery, nie mogę przejść do porządku dziennego nad brakiem logiki w fabule. Zdaję sobie sprawę, że nie znamy zbyt dobrze historii XXI wieku, nie mówiąc już o wcześniejszych czasach, ale naprawdę trudno uwierzyć, że jacykolwiek ludzie toczyliby ze sobą wojny o surowce, które nie nadają się do jedzenia. Axykk ewidentnie zbyt mocno popuścił wodze fantazji, jeśli chodzi o motywacje głównych postaci w grze, zwłaszcza zaś o niewytłumaczalną chęć gromadzenia przez piratów wszelkiej maści kruszcu. Jasne, gry są często odskocznią i prezentują totalnie zmyślone historie, ale prędzej uwierzę w to, że gdzieś jeszcze istnieje życie na powierzchni Ziemi, niż w bandytę ceniącego bardziej krążek z metalu niż ciepły posiłek.

Jak już wspominałem, autor Flying Colors ostatecznie nie zakwalifikował się do konkursu, ponieważ nie wpasował się w wybrany przez siebie temat konkursowy. Gra w ramach „Kolorów przeszłości” miała nawiązywać do tego, jak mogło wyglądać życie na Ziemi przed nuklearną katastrofą, a Axykk poszedł w stronę hardcorowego fantasy. Jak na ironię, we Flying Colors zawalono wszystkie kolory. Niebo i oceany są błękitne, na ziemi rosną wielkie połacie czegoś, co tylko w minimalnym stopniu przypomina jaskiniową trawę, a na każdym kroku można spotkać kolorowe rośliny. Szczególnie śmieszyły mnie monstrualne krzaki na grubych pniach z koronami złożonymi z liści. Tak samo niewiarygodnie wypadły zresztą zwierzęta, których pełno w grze – od czegoś, co przypomina latające po niebie kury, przez ssaki wierzchowe większe od człowieka, aż po wielkie gady nazwane tutaj „smokami”. Z drugiej strony Flying Colors posiada bardzo dobrze przygotowane poziomy platformówkowe i ładnie skonstruowane mapy, co w połączeniu z niezłymi grafikami bohaterów ratuje nieco ten narkotyczny trip.

Na poziomie mechanicznym Flying Colors jest połączeniem platformówki (czyli produkcji, gdzie skacze się po platformach) oraz gry logicznej. Część zręcznościowa zakodowana jest bardzo dobrze, gracz porusza się płynnie i posiada wiele nieoczywistych umiejętności, takich jak łapanie się krawędzi klifu czy zwiększanie zasięgu skoku z wykorzystaniem sprzyjającego wiatru. Głównym celem na etapach platformówkowych jest zbieranie przedmiotów, które dają nam określoną liczbę punktów. Dopiero gdy przekroczymy pewien próg, odblokowują się kolejne plansze.

W przypadku map logicznych sprawa nie wygląda już tak dobrze. Axykk przygotował cztery różne zestawy mechanik – przesuwanie pudełek i skrzyń, ustawianie kąta padania światła, zadania matematyczne i gloro. Ilość i różnorodność pomysłów sprawiają, że żaden z nich nie jest tak naprawdę dobrze rozwinięty. Gdy już zaczynamy dobrze poznawać rządzące nimi zasady (pamiętajcie o trzech czwartych kurczaka w gloro!), dany etap się kończy i przechodzimy do nowego. Powierzchowne potraktowanie tych mechanik zdecydowanie na minus.

Jak na swój poziom zaawansowania, Flying Colors nie obciąża zbytnio maszyn komputerowych. Godzinną sesję gry byłem w stanie odbyć przy użyciu zaledwie jednej baterii błyskowej, która w przypadku niektórych produkcji nie pozwala nawet na porządne uruchomienie ekranu tytułowego. Nie wiem jednak na ile jest to zasługa samego Axykka, a na ile gratulacje należą się laboratorium BS, odwalającemu niesamowitą robotę w naprawdę paskudnych warunkach gdzieś w okolicach schronu czwartego.

Podsumowując, Flying Colors to niezła produkcja, jeśli potraktujemy ją jako luźną wariację na temat bliżej niezidentyfikowanej krainy fantasy. Pomysły autora nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i dlatego projekt słusznie nie został dopuszczony do konkursu. Gra sama w sobie jest jednak całkiem przyjemna, zwłaszcza w platformówkowych etapach. Chciałbym powiedzieć, że trzymam kciuki za to, by autor ukończył ten projekt, ale po pierwsze – mam ich tylko cztery, a po drugie – poprzednie czterdzieści trzy dema nigdy nie doczekały się pełnej wersji.

Michu

Jeden komentarz do “Flying Colors

  1. Świetna i kreatywna recenzja, fajnie wykorzystane umiejscowienie tekstu w przyszłości post-apo. W trakcie konkursu praca wydała mi się trochę przekombinowana, ale teraz, gdy mogę ją przeczytać na spokojnie, w odizolowaniu od innych recenzji, dostrzegam coraz więcej i więcej smaczków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.