Deadly Sin 2

Deadly Sin 2 to świetna produkcja dla każdego fana gier jRPG, a w szczególności dla tych, którzy cenią sobie klasyki tego gatunku takie jak Final Fantasy 4-6, serię Dragon Quest, czy też gry z serii Breath of Fire.

Produkcja, ku mojemu pewnemu zdziwieniu, nie cieszy się zbytnio popularnością, w moim mniemaniu – niesłusznie. Niestety jest to jeden z przypadków, gdy większość osób oceni ją po kilku sekundach zerkając tylko i wyłącznie na pochodzące z niej zrzuty ekranu. Podstawowa grafika RTP, na której oparta jest gra, z pewnością zdołała odrzucić sporą część potencjalnych graczy. Plusem tego jest za to chyba cena, gdzie grę można dostać za mniej niż 20 złotych na Steamie i to bez jakiejkolwiek przeceny, natomiast sama rozgrywka powinna zająć około 20-30 godzin, więc wydaje mi się, że to dość dobra inwestycja.

Historia Deadly Sin 2 jest jednocześnie prosta i interesująca. Nam przychodzi kierować losami niejakiego Carriona Iblisa oraz trójki innych bohaterów, z którymi to naszego protagonistę złączy los na różne sposoby. Podczas dość długiej podróży po świecie pełnym potworów, spisków i polityki, przyjdzie nam oczywiście zadecydować o losach znanego nam świata, ale także i dane nam będzie zapoznać się z ludźmi, którzy go zamieszkują. Oraz, jeśli zechcemy, rozwiążemy dla nich kilka pomniejszych problemów, z którymi się zmagają.

Co ciekawe, sami autorzy zapewniają, że znajomość fabuły pierwszej części gry nie jest potrzebna do zrozumienia tej produkcji, jako że nie jest to bezpośredni sequel, a raczej osobna część, w której jedynie pewne nazwy przedmiotów czy potworów są takie same, tak jak chociażby ma to miejsce w kolejnych częściach Final Fantasy, gdzie sam świat, postacie i cała fabuła są unikatowe dla danej części.

Muszę przyznać, że jak na grę, która wygląda jak nieco bardziej dopracowana produkcja oparta o RTP, to poza samą grafiką Deadly Sin 2 bardzo szybko zaczęło mnie zaskakiwać. Sama fabuła, chociaż z początku wydawała się przewidywalna, już po kilku pierwszych godzinach rozgrywki zaczęła się komplikować. Nasi główni bohaterowie, którym możemy nawet nadać imiona (nazwiska już nie), także są nieco bardziej skomplikowani – każdy z nich ma swoją historię, swoje cele w życiu, swoje podejście i po prostu swój własny charakter, przez co ich dialogi (zwłaszcza między sobą) czyta się naprawdę przyjemnie.

System walki o dziwo różni się nieco od typowego dla RM VX, przynajmniej pod względem samego wyglądu. W tym przypadku przypomina o wiele bardziej system walki znany z RPG Makera XP – z tą różnicą, że postacie są odrobinę animowane, co może nie jest jakoś wielce potrzebne, ale niewątpliwie dodaje grze i postaciom nieco charakteru. Każda z dostępnych nam osób pełni także i w walce kilka ról, bowiem nie mamy tu dostępnego bohatera który specjalizuje się tylko w leczeniu innych postaci, ani też wojownika przy którym jedyne co trzeba zrobić podczas walki to nacisnąć opcję ataku. Oczywiście każdy z bohaterów niewątpliwie ma przypisaną sobie główną rolę jaką powinien pełnić podczas walki, ale te dodatkowe opcje mocno urozmaicają rozgrywkę, przynajmniej na tyle, że nie czułem ani razu, że któraś z postaci jest dla mnie tylko ciężarem który muszę ze sobą targać wszędzie gdzie się udam. Dodatkowo każdy z bohaterów ma coś na kształt drzewka rozwoju, co sprawia, że możemy ich rozwijać w wygodnym dla nas tempie i kierunku, przynajmniej do pewnego stopnia.

Jeśli chodzi o aspekt audio-wizualny gry… no grafika to jak już wcześniej wspomniałem w głównej mierze RTP z dodatkiem jakichś drobnych editów czy też może dokupionych paczek z zasobami. Mimo to grafika jest bardzo spójna, więc gdy tylko przestaje się myśleć o tym że to w większości RTP, gra natychmiast staje się o wiele bardziej interesująca. Sporym plusem jest także fakt, że mimo wszystko gra posiada także własne grafiki, jak chociażby popiersia bohaterów czy ich pełne sylwetki widziane od tyłu podczas walk.

Muzycznie jest już natomiast znacznie lepiej, biorąc pod uwagę fakt, że po zakończeniu gry miałem niemałą ochotę posłuchać kilku co ciekawszych kawałków z tej gry. Co więcej, nawet podczas dość długiego grindu przy końcu produkcji (więcej o tym za chwilę), kiedy przez kilka godzin na okrągło wręcz słuchałem tylko dwóch utworów – motyw z lokacji i muzyka podczas walki – wcale mi to nie przeszkadzało.

No i tak, w końcu nadszedł ten moment kiedy zamiast chwalić grę, muszę wspomnieć o jej sporym minusie, który jako jedyny realnie wpłynął na moją ocenę tej gry. Grind… występuje w jakimś stopniu w większości gier z tego gatunku, ale tutaj jest on dość nietypowy. Niemal całą grą przeszedłem nie grindując praktycznie wcale i bardzo płynnie oraz bez jakichś większych problemów przeszedłem praktycznie do samego końca. Kiedy jednak już w finale przebrnąłem z pewnym trudem przez ostatnią lokację i natknąłem się na bossa, ten pokonał mnie wyjątkowo boleśnie. Początkowo byłem wręcz pewien, że to walka, w której moim celem jest wytrwać x tur, lub po prostu umrzeć. Niestety okazało się inaczej. Dotarłem do końca mając poziom 37 właściwie u wszystkich postaci, ale by ukończyć grę niestety przyszło mi poświęcić aż cztery godziny, by moje postacie osiągnęły poziom 65. Dopiero wtedy udało mi się już dość spokojnie ukończyć grę. Być może udało by mi się to osiągnąć z nieco mniejszym poziomem, ale nie zamierzałem ryzykować, zwłaszcza że sam grind aż tak straszny nie był. Zabolała mnie jednak konieczność grindowania tylko po to, by ukończyć ostatni etap gry. To sprawiło, że natychmiast przypomniał mi się lokacja księżyca z oryginalnego Final Fantasy 4 – kto tam dotarł ten dobrze wie, jak nagle wzrasta poziom trudności.

Gdyby nie ta blokada przy samym końcu, ukończyłbym Deadly Sin 2 w granicach 20 godzin rozgrywki. Niestety, wraz z nią ukończenie gry zajęło mi niemal dokładnie jeden dzień. Mogę jedynie zapewnić, że nie żałuję, że poświęciłem tych kilka dodatkowych godzin na ukończenie gry, bowiem zakończenie było tego warte.

Tym samym jeśli ktoś z was myśli o zakupie tej produkcji lub po prostu chce miło spędzić kilka wieczorów z grą w stylu klasyków jRPG, to bardzo zachęcam do zakupu i zagrania. Nie dajcie się oszukać niekoniecznie zachęcającymi zrzutami ekranu.

B.N.F

Autor gry: Deadly Sin 2
Wersja RM: VX
Gatunek: RPG
Status: Pełna
Rok wydania: 2010
Download: Steam

5 thoughts on “Deadly Sin 2

  1. Bardzo udany debiut B.N.F! Przyznam szczerze, że nigdy nie słyszałem o tej grze, ale twoja recenzja jest bardzo zachęcająca. Fajnie, że przez grę idzie się płynnie i walki nie są tutaj blokerem – nie lubię produkcji, w których walka odgrywa istotną rolę w rozgrywce. A problem z bossem? Dotrzeć do bossa i obejrzeć zakończenie na jakiś streamie… 😉 Wiem, że to łatwizna, ale dla osób, które nie mają czasu, myślę że kilkugodzinne expienie postaci tylko po to, by pokonać jednego przeciwnika to zbyt wiele.
    Liczę oczywiście, że zobaczę tutaj więcej twoich tekstów!

    1. Hej, dzięki za miły komentarz.

      Ta gra miała znikomy marketing i do tego bazuje na RTP, obstawiam że to powód dla którego mało kto o niej słyszał.
      Co do blokady, no jest ona taka dość sztuczna i niepotrzebna. Normalnie bym się zgodził że w takim wypadku można też po prostu obejrzeć zakończenie na YT i to nadal w sumie jest jakieś rozwiązanie. Tylko samo zakończenie jest… nie chce zdradzać za wiele – ale jest po części interaktywne, gdzie możemy się poruszać w jednym segmencie znanej lokacji i mamy możliwość porozmawiania z postaciami z którymi mieliśmy kontakt podczas naszej podróży, w tym także jest możliwość rozmowy z postaciami których questy poboczne mogliśmy wykonać i choć tego nie sprawdziłem osobiście – to obstawiam że pewne postacie mogą się nie pojawić wcale, a inne będą miały inne teksty do powiedzenia jeśli nie wykonaliśmy ich zadań.
      Więc w moim odczuciu mimo wszystko warto poświęcić nieco czasu na ten grind, No ale rozumiem jeśli ktoś gotów jest to poświęcić by uniknąć grindu. To już co kto woli 🙂

  2. Gratulacje za debiut BNF! Fajnie też widzieć Twoją recenzję ze Stama za najbardziej przydatną z polskiej sceny – cieszy mnie to, że doceniasz tytuł, jednocześnie nie ukrywając jej mankamentów.
    Myślę, że najbardziej na niekorzyść estetyki projektu wchodzi różnica między title screenem (mega dopracowanym artem !) a samą grą, która idzie na skróty w niektórych elementach. (Ta czcionka ściśnięta w niektórych miejscach menu najbardziej boli…)
    Nie jest to jedyna gra z takim problemem na Steamie pod tagiem RPGMaker, wydana w tamtym czasie – chyba taki urok komercjalizacji RPGMakerówek w 2010. Z drugiej strony, nawet w tym przedziale cenowym, obecna konkurencja jest spora – choćby Knight Bewitched, również za 18zł, może bardziej się spodobać ludziom stroniącym od typowych Makerówek.
    Zafascynowało mnie jednak półotwarte zakończenie, którego przebieg i dialog jest związany z naszymi akcjami podczas gry. UI też wygląda lepiej niż w pierwszej wersji, a fakt, że nie muszę sięgać po jedynkę, zachęca mnie do zerknięcia kiedyś na ten tytuł.
    Martwi mnie tylko ten grind – bo jeśli resztę gry przeszedłeś bez większych problemów, to czy bossy i potwory wymagały jakiegokolwiek wysiłku przy walkach? @BNF Czy (bezspoilerowo) możesz powiedzieć, czy bossy wymagały różnych strategii i dobrego używania systemu walki czy wszystkie były „na jedno kopyto”?

    1. Hej Puniek, dzięki za komentarz!

      Co do zakończenia po pokonaniu ostatniego bossa, doprecyzuje odrobinę – jest ono po prostu podzielone na kilka segmentów. Są typowe scenki zaraz po, jest segment gdzie można sobie pochodzić po jednej z głównych lokacji, gdzie aktualnie znajdują się wszystkie istotne postacie poznane podczas całej podróży, w tym także te z questów pobocznych, oraz są też typowe scenki pokazujące jak potoczyły się dalsze losy bohaterów w odmienionym przez nas świecie. Jest to bardzo satysfakcjonujący miks który powinien zadowolić większość graczy. Dlatego kompletnie nie żałowałem tego całego grindu na koniec.

      Co do poziomu rozgrywki po za końcówką – Jest bardzo standardowo, jak w większości klasyków. Podstawowe potwory nie stanowią większego zagrożenia, idzie lecieć na enterze lub korzystając z jakiejś jednej umiejki czy czaru. Zwykle sam wybierałem po prostu to co było szybsze.
      Potworki z ostatniej lokacji chociaż są już o wiele trudniejsze, to nie stanowiły jakiegoś ultra ogromnego wyzwania przy wykorzystaniu zebranych zasobów i zaklęć.
      Pozostali bossowie to również raczej typowy klasyk. Dla weterana JRPGów to typowa zabawa w zrozumienie strategii bossa. Jedno, czy dwa podejścia powinny wystarczyć by zrozumieć jak funkcjonuje i jak danego bossa najskuteczniej pokonać. Postacie mi umierały w tych walkach nie raz, to fakt, ale od tego są zasoby które się zbiera i kupuje by czasem z nich korzystać. Jakichś większych frustracji nie było.
      Tylko ostatni boss realnie zlał mi tyłek pasem i bez grindu nie widziałem najmniejszych szans na pokonanie go jakąkolwiek strategią, czy dokupując w cholerę więcej itmeków wspomagających wszelkiego typu.

      Sam grind po za ostatnią lokacją był zwykle też bardzo krótki i bardzo przyjemny, a zabierałem się do niego jak widziałem że dane potworki dają fajną ilość expa w stosunku do innych, wtedy zwykle pozwalałem sobie na ~5 minutowy grind który kończyłem zwykle po wbiciu 1-2 poziomów zależnie od postaci, a robiłem to właściwie tylko dlatego że realnie chciałem, a nie dlatego że coś mnie do tego zmuszało. Nie wydaje mi się by to było konieczne jak ktoś tego po prostu nie chce robić. Miałem wrażenie że równie dobrze można skorzystać z kilku itemów więcej by pokonać wszystkie przeciwności stojące na drodze.
      Zaznaczam tylko że osobiście nie uciekałem praktycznie wcale z walk ze zwykłymi potworkami i wykonywałem wszystkie opcjonalne questy na które się natknąłem (nie szukałem ich specjalnie, więc mogłem coś pominąć)
      Jak ktoś ma w nawyku uciekanie z takich losowych walk, lub olewanie treści pobocznych, to obstawiam że bez dodatkowego grindu w lokacjach może mieć problemy z dotarciem do końca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.